Translate

czwartek, 13 marca 2014

Opowiadanie VII

"Kto tu kogo kocha?"


I nastał nowy dzień. Promyki słońca musnęły moje policzki przez szczeliny w żaluzji. Podeszłam do okna. Na jednej z gałęzi siedział mój sąsiad - Dave. Miał piękne zielone oczy, kasztanowe włosy i onieśmielający uśmiech. Zawsze lubił wdrapywać sie na drzewa, ponieważ on zawsze tam przesiadywał. Tego dnia miałam genialny plan. Chciałam razem z nim udać sie do parku nocą i rozbić piknik na drzewie, lecz gdy tylko weszłam do niego na drzewo on nagle spadł w krzaki znajdujące się pod drzewem. Nie rozumiem... Może go wystraszyłam? No nie miałam makijażu no, ale taka szkaradna to ja nie jestem. Postanowiłam jednak pójść i nałożyć na siebie tapetę. Wychodząc z łazienki, usłyszałam jakieś dźwięki dochodzące z kuchni. Okazało się że to tylko wiewiórka, która wymiotowała na środku blatu. Wkurzona złapałam za miotłę i z całej siły walnęłam wiewiórkę, tak że ta wpadła z łomotem do kosza na śmieci. Zatrzasnęłam go i wybiegłam ile sil w nogach do Dave'a, który obściskiwał się z moją babcią. Zatkało mnie! Miałam nadzieje, że jednak moje obawy się nie sprawdzą, że babcia będzie taka podła. To mój przyjaciel! W dodatku ładny... Zawsze wiedziałam, ze babcia lubi młodszych, ale żeby aż tak? Zdruzgotana poszłam do młyna. Pracował tam chłopak o imieniu Ken. Lubimy ze sobą rozmawiać. Zawsze obsypywał mnie mąką. Było to strasznie wkurzające i słodkie. Gdy weszłam do młynku ujrzałam go z workiem mąki w rękach. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się szelmowsko i postawił go na podłodze.
-Hej! -powitał mnie.
-Cześć- powiedziałam smutna.
-Stało się coś?
-Ahhh szkoda mówić - odparłam a łzy poleciały mi po policzkach.
Ken odruchowo wziął mnie na ręce i zaniósł na piętro młynu, gdzie wrzucił mnie do mąki. Po czym Polał wodą, tak że teraz wyglądałam jak usmarkana. Widząc moją wściekłą minę. Natychmiast zanurkował w pszenicy. Żądna zemsty zrobiłam to samo. Nagle coś poczułam pod ręką. Okazało się, że to piła łańcuchowa, która chłopak trzymał w młynie. Coś mi tu nie grało... po co on trzymał piłę w młynie? I to w dodatku w worku?! Nagle mnie olśniło! Ken to psychopata! Musze stąd uciekać! Jeszcze przerobi mnie na kiełbaski... Ja chce jeszcze żyć, mieć chłopaka, męża, dzieci! Wyskoczyłam z pszenicy i co sił w nogach pobiegałam w kierunku drzwi. Gdy znalazłam sie na rynku miasta mogłam spokojnie odetchnąć i przemyśleć sobie to wszystko. Dave i babcia mają romans, Ken przerabia ludzi na kiełbaski! Co się tu wyprawia?! "Jedyna nadzieja w krasnoludku" To nasz miejscowy wróżbita, a nazywa się Theo. Ostatnio u niego byłam, żeby mi przewidział, kiedy złamie mi się paznokieć. Naprawdę ma wielki dar jasnowidza!
-O wielki Theo! proszę pomóż mi! - krzyknęłam klękając
-Jasne, wejdźmy do mojego namiotu.
W środku było duszno. Unosił sie duszący zapach z kadzideł. Wokół nas było pełno poduszek i w rogu schowały sie dwie piękne panie.
-Usiądź i całuj me stopy - odrzekł Theo.
Zaskoczona uklękłam i złożyłam pocałunek na jego stopie. Nie będę pisać jakie to było uczucie.
-Co chciałabyś wiedzieć?-zapytał.
-Co się wokół mnie dzieje. -odpowiedziałam.
-No niestety...-powiedział po dłuższej chwili przyglądania się w kulę- niedługo będziesz w ciąży.
-Z kim?! - krzyknęłam.
-Z osobą którą pożądasz.
Zastanowiłam sie chwilkę nad tym... Kogo ja pożądam? Wiem! Ale, ale to niemożliwe... Będę w ciąży z Finnckiem Odairem?
To zdanie wykrzyczałam, tak że Theo podskoczył.
-No właśnie!
-Ale jakim cudem?!
-A takim, że - urwał i zaczął sie rozbierać. - Że to ja jestem Finnick.
Zamurowało mnie... Nie dość, że zwierzałam mu sie ze wszystkich problemów to widzę go jeszcze w samych majtkach i skarpetkach w słodkie kotki. Keep calm, keep calm-powtarzałam sobie w myślach. Co wieczór marzyłam sobie żeby spotkać Finnicka, a tu, tego dnia, on stoi przede mną nagi! No prawie... Szybko rzuciłam sie na niego, aż tu nagle mój ukochany dostaje cegłą w łeb i umiera na miejscu. Odwracam się, a w wejściu stoi Dave
-Co ty z nim robisz?- zapytał.
-Dave? Co ty tu... nieważne! Co się to obchodzi? Najpierw ty obściskujesz się z moją babcią, a...
-Twoją babcią? To była twoja babcia? Ona mi powiedziała, że jest zawodową charakteryzatorką i właśnie testowała przebranie babci.
-Co Ty wygadujesz?! Ale to nie zmienia faktu, że zabiłeś go! - wybuchłam płaczem
-Alex, ja... Ja... Przepraszam... To wszystko z... Z... Z miłości do Ciebie.
-Jasne!
-No tak! Myślisz dlaczego ja godzinami przesiaduję na tym głupim drzewie?
-Myślałam, że lubisz sie wspinać... Zaraz! To znaczy, że ty mnie cały czas podglądałeś?! Ty świnio - spoliczkowałam go. Tak się wkurzyłam, że aż... podniosłam piłę leżącą w worku i pociachałam Dave'a na drobne kawałeczki. Gdy uświadomiłam sb co zrobiłam.zrozumiałam że jestem totalną idiotką. Wybiegłam z namiotu w kierunku jeziora Znalazłam niedaleko wielki głaz i kawałek linki. Wciągnęłam głaz na drzewo i sznurkiem przywiązałam go do szyi.
-Czas na mnie. -powiedziałam i rzuciłam się w jezioro.

Finnick Odair.


*KONIEC*
Komentujcie, udostępniajcie! Motywuje nas to do pracy! ^^

Opowiadanie VI

Przez dłuższy czas nic nie dodawałyśmy, więc spróbujemy to nadgonić! ; )

"Muszelka"


Dawno, dawno temu za górami i za lasami żyła sobie mała muszelka, która zawsze chciała poznać Lady Gagę. Mimo jej błagań i próśb mama-muszla nie zgadzała się na wyjście na koncert. Mała muszelka Rozpaczała dniami i nocami, aż pewnego dnia wzięła się w garść i postanowiła uciec z domku. Wzięła z lodówki jej ulubiony ketchup i odżywkę do włosów, chociaż miała na swej małej główce jeden jedyny włosek, ale dbała o niego najmocniej jak umiała Nastała noc. Rodzinka muszelek już spała. Księżyc uroczo oświecał pokoik naszej bohaterki, która narzuciła plecak na skorupę i wyskoczyła przez okno. Niestety Lądowanie nie było przyjemne, ponieważ muszelka wpadła do różanych krzaków z kolcami długimi jak Mur Chiński. Gdy mama-muszla wyjrzała przez okno ujrzała piękną spadającą gwiazdę, pomyślała życzenie i wróciła do łóżka. Nie zauważyła swojej cierpiącej córeczki. Mała muszelka wygrzebała się z krzaków i poczołgała się na łąkę. Nagle zaczęła się turlać i wpadła do krowiej kupy. Ucieszona myśląc że to tort czekoladowy natychmiast zaczęła zlizywać z siebie krowie łajno. Gdy zrozumiała że to w ogóle nie przypomina tortu czekoladowego zaczęła strzepywać resztki przyklejone do skorupy i ruszyła przed siebie... nagle zza drzewa wyskoczył wspaniałomyślny Harry Potter i zaczarował ją w rudego kota po czym odleciał na miotle w ku księżycowi. Uradowana muszelka zaczęła skakać z radości. W końcu miała nogi Prze szczęśliwa ruszyła w postaci kota do najbliższego miasteczka. Zauważyła, że dziś są dożynki. Wszędzie były porozwieszane plakaty, balony i serpentyny. Zaciekawiona stanęła przed wielkim bilbordem i zaczęła czytać:  "Serdecznie zapraszamy na tegoroczne dożynki. Główną atrakcją są pożeracze kotów! Będą także zastosowane różne tortury dla tych pchlarzy. Odbędzie się również spektakl " FrajkenKot " Podpisano Burmistrz miasteczka Ksawery Palikot. Przerażona muszelka wydała z siebie przerażone "miau!" i nagle wszyscy mieszkańcy zaczęli ją gonić. Wzięła ogon za pas i rzuciła się biegiem naprzód. Po 263738 minutowej bieganinie była łohoho daleko od kotożernego miasteczka. Dotarła do Los Angeles! Tam jutro wieczorem grała koncert Lady Gaga! Muszelka postanowiła trochę odpocząć w mrocznym zaułku ulicy w rozświetlonym Los Angeles pod opakowaniem z chińszczyzny. Znalazła tam jeszcze trochę makaronu, który od razu wciągnęła i pomyślała "ależ tu pachnie kurczakiem". Następnego dnia przemoczona, wyziębnięta i odwodniona muszelka poszła wyszperać coś do jedzenia w koszach na śmieci. Nagle jeden kosz zaczął dygotać... Wystraszona muszelka uciekła do pudełka po chińszczyźnie i patrzała przerażonymi oczkami... Nagle kosz przestaje dygotać a z niego wychodzi Lady Gaga. Muszelka zrobiła zdziwione oczy. Wyrzuciła z siebie pojemnik i zaczęła wołać piosenkarkę. A ona patrzała z ukosa na kota. "O, ale puszysty kiciuś! A jakie ma piękne futerkoo. Będzie z niego idealna czapka!" pomyślała Gaga i wzięła kotka na ręce. Weszła do swojego  pokoju hotelowego i załadowała kotka do specjalnej maszynki do strojów i zadzwoniła do swojej psiapsióły "Hej kochana, wiesz co Ci powiem? Grzebałam w śmietniku szukać jakiejś inspiracji, aż nagle znalazłam przy pudełku z chińszczyzny małego rudego kotka! Futerko idealne na czapeczkę, a mięso przyda się na nową sukienkę!"





*KONIEC*
Komentujcie, udostępniajcie! Motywuje nas to do pracy! ^^


piątek, 3 stycznia 2014

Opowiadanie V

"Peeta, kochanie!"

Za górami, za lasami żył sobie pewien chłopiec, który uwielbiał piec chleb. Robił to znakomicie. Każda dziewczyna na świecie chciałaby mieć takiego przystojnego piekarza. Zwał się Peeta. Peeta Mellark. Wszystkie dziewczyny szalały na jego punkcie. Wszystkie, a wśród nich Miju i Christy. Były to przyjaciółki, które zamieszkiwały krainę po drugiej stronie. Zawsze chciały spotkać Peetę. Aż pewnego dnia wybrały się do swojej stajni osiodłać konie. Gdy to zrobiły wskoczyły na ich grzbiet i pojechały na przejażdżkę przy strumyku w stronę domu Peety. Chciały spełnić swoje marzenia. Gdy tak jechały przez las Christy powiedziała :
-Jak już będę z Peetą to możesz mieszkać blisko nas, wiesz żeby ci nie było przykro. Na to Miju odpowiedziała:
- Oj kochana! On jest mój i koniec kropka.
- No raczej nie!
 Zaczęły się kłócić. Wiał lekki wiatr, ciepły, a promienie słońca pięknie odbijały się w wodach strumienia.
 -Wiesz co ? Nie warto się na razie kłócić. -powiedziała Christy.
 -Masz rację...o chłopaka? Phi. -powiedziała Miju.
Ale w głowach obu już wyrósł plan jak się pozbyć konkurentki. Christy chwyciła żelazko, które trzymała w torbie i rzuciła w drugą, ale niestety kabel zaczepił się o drzewo i nie doleciało. Druga nawet nie zauważyła. Jechały dalej gdy nagle Miju zaczęła strasznie szybko galopować, Christy nie miała szans na dogonienie jej. Christy z rozdziawioną mordą wpatrywała się w przyjaciółkę.
-Co robisz?! -wrzasnęła za nią.
-Spełniam marzenia!-krzyknęła Miju.
Nie zauważyła gałęzi przed sobą... Ała to musiało boleć, i zawisła na gałęzi, a koń pogalopował dalej.
 -Hehe i było się tak śpieszyć? - powiedziała Christy ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
-Przepraszam, że tak pogalopowałam...-powiedziała Miju
-Ok, ale sorry, spieszę się. Teraz ja jadę spełniać swoje marzenia. -Christy odwróciła się i pomachała Miju.
Miju powoli zeszłą z gałęzi i do Peety ruszyła pieszo. Gdy wieczorem zaszła do Peety zobaczyła swoją przyjaciółkę, która całuje jej największą miłość. Zdesperowana Miju zaczęła rzucać w nich świeżo upieczonymi bułeczkami. To zaimponowało Peecie. Odrzucił od siebie Christy i ruszył do drugiej dziewczyny. Miju ochoczo zabrała Peetę na konia i razem jechali ku zachodzącemu słońcu. Zaskoczona Christy pobiegła do garażu i wyciągnęła poduszkowiec. Jako że on pojawia się i znika odnalazła uciekinierów i zabrała Peetę. Poduszkowiec posiadał łazienkę więc Christy spuściła wszystkie odchody na Miju. Popatrzyła przez chwilę na brudną przyjaciółkę i ruszyła na zachód z Peetą. Tym czasem Miju wskoczyła do strumienia. Wyszła czysta i pachnąca i... sucha. Wirowała wzrokiem po niebie poszukując poduszkowca. Jest! Znalazła. Natychmiast wskoczyła na drzewo (jaki Spiderman ) Urwała gałąź i zaczęła ją ostrzyć scyzorykiem. Gdy skończyła wrzuciła w górę gałąź i przebiła poduszkowiec. Wrak zbliżał się ku ziemi co raz szybciej i szybciej! Wprost na ogromny głaz. Miju złapała i Peetę i Christy, ale ją wrzuciła do strumienia i uciekła z Peetą do jaskini, gdzie musiała wysuszyć buty, bo tylko one były mokre. Christy przybiegła z jęzorem na brodzie. -Kochanie! -zawołał Peeta. Christy rozsypała pinezki i rozłożyła skrzydła. Miju otworzyła gębę:
-Skąd ty masz skrzydła?
-Z dupy, a co? –powiedziała Christy.
 Rozchichotany Peeta złapał się Christy i polecieli w stronę księżyca. -Tu będziemy bezpieczni powiedziała Christy stając na księżycu. Miju wychodząc z jaskini nadepnęła na pinezki:
-Cholera! –krzyknęła i zaczęła wyciągać pinezki z pięty.
- Kuźwa! I ona była moją przyjaciółką. Myśli, ze jak sobie przyczepi skrzydła gołębia do dupy i Peeta będzie jej? Grrr. Wstała i skakała na lianach za parą. Dogoniła ich i wyrwała Christy skrzydła, a Peeta spadł do wodospadu.
-Kuźwa! -powiedział.- Ale długo spadałem z księżyca. Ale gdzie Miju? Gdzie Christy? -Spojrzał w niebo. Christy szła po niebie. -Jak ty to robisz?- krzyknął.
 -Talent.
Peeta spojrzał w górę.
-Aaa! -to spadała Miju z nieba. -Pomocy!
 -Buahahahaha!-zaczęła sie śmiać Christy.
Podeszła pod spadającą Miju i podłożyła rozpalone węgle. Peeta się zdenerwował i popełnił samobójstwo.
- Ale z nas idiotki nie? - powiedziała Christy.
- A e hyala - wyjąkała Miju po czym zmarła od wylanego budyniu przez Peetę.
Zdruzgotana Christy nie wiedziała co ze sobą zrobić, więc zaprzyjaźniła się z Katniss i zarywała do Gale'a.

Peeta Mellark.


*KONIEC*
Komentujcie, udostępniajcie! Motywuje nas to do pracy! ^^

czwartek, 2 stycznia 2014

Opowiadanie IV

"Problem znikających lodówek i wanien"


W pewnej małej wsi stał opuszczony stary domek. Odstraszał on nowych mieszkańców, a tutejsi żyli w strachu, bo bali się Hermiony Granger, która pożerała okoliczne lodówki. Ludzie zamykali swe kuchnie na zamki, barykadowali drzwi, ale to na nic. Zwariowana dziewczyna w niewyjaśniony sposób pożerała lodówki pozostawiając tylko klamki. Gdy po kilku latach w żadnym domu nie było już lodówek stwierdziła że przejdzie na dietę. Zaczęła pożerać wanny i prysznice. Mieszkańcy nie mieli się jak myć. Część z nich uciekła, część została. Miasto zaczęło po prostu śmierdzieć. Prezydent zakazał zbliżać się do niego przez panującą tam dziwną epidemię, która polegała na parze wydobywającej się spod pach. Gdy Hermiona zobaczyła co zrobiła stwierdziła, że musi wszystko odkręcić. Tylko nie wiedziała jak to zrobić. Więc udała się do biblioteki gdzie znalazła księgę "Smrodu i wanien" tam znalazła przepis na smaczny koktajl truskawkowy i natychmiast przepisała go  do swojego prywatnego notatnika. W prywatnym notatniku było wiele ciekawych notatek takich jak numery telefonów, przemyślenia, obciachowe zdjęcia i mini pamiętnik. To był prawdziwy skarb. Hermiona chroniła go ponad życie. Przeglądając książkę Perfekcyjnej Pani Domu znalazła radę na smród. Radą było wykąpanie się w pomarańczach i zgniłych warzywach. Niestety nikt w mieście nie miał wanny, więc Hermiona postanowiła zbudować ogromną wannę w ziemi, aby każdy mieszkaniec się w niej zmieścił. Następnym problemem był brak warzyw i pomarańczy. Więc poleciała do Hiszpanii. Ale tam wredny rolnik nie chciał jej dać pomarańczy, więc zabiła go swym notatnikiem i ukradła wszystkie pomarańcze. Po warzywa poleciała do Polski gdzie zgniłych smakołyków było po dziurki w nosie. Tam bez problemu oddano jej potrzebne składniki i dorzucili skrzynkę piwa i 2 butelki wódki. Tym sposobem Hermiona się najebała podczas lotu na miotle. Kiedy wróciła do miasteczka przy lądowaniu rąbnęła w drzewo. Zemdlała, a zapach zepsutych warzyw przyciągnął szczury, które wypiły resztę wódki i uciekły do Hogwartu. Biedna Hermiona na kacu zabrała się za budowę wanny w upalny dzień. Lecz przerwał jej Ron który chciał się z nią wymienić kartami kredytowymi. Hermiona rzuciła na niego groźne spojrzenie, a rudowłosy pomógł z kopaniem grobu. Za kilka godzin dół był gotowy. Niestety mieściła się w nim tylko 1 osoba. Ron i Hermiona byli już zmęczeni kopaniem, więc przygotowali wywar. Zawołali wszystkich mieszkańców, by po kolei wchodzili do przygotowanej wanny, lecz nagle zerwała się ulewa! I umyła wszystkich. Wywar był niepotrzebny. Dzięki niemu Hermiona wywołała deszcz który wszystkich umył. Potem wyrzygała wszystkie wanny i lodówki i żyła długo i szczęśliwie w trójkącie z Ronem i szczurem.

Hermiona, gdy zauważy świeżą lodówkę.




*KONIEC*

Opowiadanie stworzone przez +Dixon Angel  i +Szatan XDD .
Komentujcie, udostępniajcie dalej! Motywuje nas to do pracy! ^^

Opowiadanie III

"Miłość z kupy wzięta"




Daleko, daleko, gdzieś pod gwieździstym niebem leżał mały, przystojny chłopczyk, który była marzycielem. Zawsze chciał poznać dziewczynę tak samo piękną jak on, co do tej pory nigdy mu się nie udawało. Miał bardzo wysokie wymagania i ogromne grono nienadających się wielbicielek. Lecz pewnego dnia idąc nad jezioro spotkał bardzo przystojnego kolesia, który był gejem. Teraz pewnie zastanawiacie się skąd Patrick wiedział, że nowo spotkany koleś był gejem. A otóż, dlatego że miał na koszulce napisane "szukam chłopaka". Tak właśnie Patrick doszedł do wniosku, że bardziej pociągają go chłopcy. "No cóż" pomyślał "lepszy rydz niż nic" Postanowił podejść do chłopaka, który go nie zauważył. Stawiał niepewne kroki, gdy nagle na jego plecy wskoczyła Amy-dziewczyna, która miała bzika na punkcie Patricka i zaczęła go całować po karku. 
Co ty robisz? -wrzasnął Patrick 
- Ja... - dziewczyna przestała go całować i spojrzała na niego. -Kocham Cię. Chcę mieć z Tb gromadkę dzieci. -Ale ja cb nie kocham. Nie jesteś mnie godna. - odparł dumnie. Podbiegł do chłopaka. Dziewczyna stała osłupiała gdy zobaczyła co Patrick wyprawia. Natomiast zaskoczony chłopak znad jeziora objął Patricka. Amy nie wierzyła własnych oczom! Wyskoczyła z krzaków i biegła w stronę chłopców. -Ty szumowino! Zostaw mojego męża - krzyczała. -Amy! Ogarnij dupę! - również wrzeszczał Patrick, a tajemniczy chłopak patrzył na nich z dziwną miną. Amy zaczęła policzkować tajemniczego. -Jak możesz?! Ale z Ciebie brat! Idiota! Kretyn! Zobaczysz wszystko powiem matce! - i odbiegła w głąb lasu.
-Amy! Suko jedna! Tylko spróbuj! - wrzeszczał brat. - A ty kretynie? Co ty robisz? - zwrócił się do Patricka.
-Ja tylko... przytuliłem cię. Ja do cb coś czuję... 
-To zatkaj nos! - odpowiedział.

- Nos? Jak możesz się bawić moimi uczuciami brutalu?! -wył Patrick.
- Człowieku ja Cię kompletnie nie znam! Puknij się w łeb. 
- Ale ale...
- I ja w ogóle nie jestem gejem!
- Coo?! To po co Ci ta koszulka? - zapytał zszokowany Patrick.
- Bo to żebyś się głupio pytał cieciu. 
Zraniony Patrick uciekł od tamtego miejsca. Biegł lasem, którego kompletnie nie znał i nagle wpadł do wielkiej niedźwiedziej kupy.
-Nieee kurna! Moje nowe spodnie! Moje AirMaxy! - wrzeszczał.
Wstał i biegł dalej, gdy znów, ale tym razem nie do kupy, lecz do ogromnego dołu. Spadał, spadał i spadał dobre 20 minut, a gdy w końcu wylądował znalazł się w podziemnym państwie. 

-Ale tu ciemno.
Wyjął z kieszeni kieszonkową latarkę i zapalił ją. Ściany były ze złota. Na środku było jezioro. 
-Dzięki Bogu. Zmyję ta kupę i ten dżem truskawkowy. Skąd on tu sie wziął?
Podszedł do jeziora. Ściągnął buty, koszulkę no i spodnie. Wszedł beztrosko do wody. Była ciepła, czysta, przejrzysta. I pachniała przepięknie. Patrick pluskał się do woli, ale nie spodziewał się, że jest obserwowany przez kosmatego kosmitę. Miał one czułka na głowie i 7 par oczu. 
- Ty mieszkać na górze? -zapytał zielony ludek.
- Aaaa! -wrzasnął Patrick i uciekł z stronę drabiny, która przed chwilą się pojawiła.
- Nie uciekaj! Chcę się zaprzyjaźnić, a jak dobrze pójdzie to cię zapoznam z taką dziewczyną, która też mieszka na górze, ale tu wpadła..
-A a a - i Patrick zemdlał.
Kosmita zabrał chłopaka i zawlókł go do komnaty na jednym z dziwnych fioletowych drzew. Komnata była mała, wystarczająca na 2 osoby. Kosmita wyszedł i zamknął drzwi z plakietką "Inne zwierzęta". Gdy Patrick już się obudził, w jego świecie powinno już świtać. Rozejrzał po pomieszczeniu. Wszystko było pochłonięte ciemnością.
-O nie! Co ja zrobię? Sam jeden? Gdyby tu był... Maaaammmo! -krzyknął, choć dobrze wiedział, że nikt go nie usłyszy. 
Nagle ze ściany dał się słyszeć krzyk jakiegoś chłopca. Prosił o marmoladę.
-Jest tam ktoś? -zapytał Patrick.
JEP! ściana się rozlepiła i chłopaka ukazała. Był to wysoki i dużo starszy chłopak. Na szyi miał plakietkę "Max" 
Kim ty jesteś? -zapytał maminsynek.
-Twoim koszmarem.
-Koszmarem? O nie to Max rzeźnik! Nie zabijaj mnieee! Jestem zbyt piękny by umrzeć! - odrzekł zdezorientowany Patrick  
Max wstał z kąta i szedł z tasakiem w stronę Patricka. Już brał zamach, gdy nagle rozległ się strzał, a rzeźnik padł. Przed nim ukazała się dziewczyna.
-Jestem Sam. Widzę też tu wpadłeś - oznajmiła rozpruwając nożem zwłoki, Patrickowi zbierało się na wymioty 
- A ja jestem Patrick... Co co co to było? - spytał.
- Twój koszmar. To przetrwanie, banda tych kosmitów chce nas wyeliminować... Czekaj zaraz... Czy Ty śmierdzisz kupą?

-Aż tak czuć?
-Śmierdzisz jak nogi mojej babci. -przyznała Sam.
-Ale ty jesteś szczera, do bólu. - wstał Patrick.
-Jak mogę ci dziękować?
-Nie ruszaj się. Ja chcę przeżyć i...-dziewczyna zamachnęła się toporem. -Obiecuję, że załatwię to szybko. 
-Co ty robisz psychopatko?! 
Już chciała zaatakować Patricka gdy spojrzała w jego piękne niebieskie oczy. 
-Nie nie mogę, nie zrobię tego - jęknęła.
-Próbowałaś mnie zaa... - dziewczyna wyłoniła się z cienia. Była idealna! Taka jaką Patrick szukał całe życie!
-Kocham Cię kuposmrodzie - odparła.
-Ja Ciebie też.
I objęli się z całej siły nad zwłokami rzeźnika, gdy nagle drzwi komnaty się otworzyły, a w nich stanął kosmita. Śmiał się złowieszczo.
-Buahahhaa ale to słodkie. - i splunął na nich kosmicznym jadem z macek, a para zakochanych zmieniła się, w żywe pluszowe kuleczki.




*KONIEC*

komentujecie, udostępniajcie to nas motywuje do pracy! ^^